Tak dla ludzkiego życia i ludzkiej godności

Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego mnie bijesz? (J 18, 23)

Taka jest podstawowa godność ludzka, że człowiek, jeśli się już począł, ma prawo żyć, a także żyć godnie.

Bardzo mało smogu w Mieście, styczeń 2026.

Niektóre rzeczy bieżące dla życia ludzkiego na tak:

  1. Marsz dla Życia
  2. Wszędzie tam, gdzie nie ma morderczej ilości smogu

Tak dla ludzkiego życia: Żeby przerywanie ciąży przestało wydawać się sposobem radzenia sobie z bardzo trudnymi ludzkimi problemami

Żeby więcej ludzi rzeczywiście chciało być pro-life, a także, żeby się takimi stawali

Żeby tak zaczęło się nam układać, potrzeba ujawnienia większej ilości prawdy o tym, co się dzieje i dlaczego, jak również w jakich konkretnie sytuacjach, gdyż ludzie myślący inaczej niekoniecznie mają złą wolę, a nawet można domniemywać, że brakuje im jakiegoś zakresu też potrzebnej wiedzy. Nie można nie być w błędzie (naprawdę nie zakładam złej woli, ale błąd, intelektualny lub z braku wiedzy na dany temat) uważając, że popierając prawo do aborcji otacza się pozytywną uwagą więcej ludzi, niż w sytuacji popierania przepisów i społeczeństw pro-life. Dwie ogromne grupy ludzi bowiem zostają w ten sposób poszkodowane: ludzie poczęci nienarodzeni (częściowo skazywani wtedy na zagładę), a także chrześcijanie (my, ludzie rzeczywiście ochrzczeni).

Przepisy aborcyjne skazują nas wszystkich na większe cierpienia w życiu codziennym, a mówię o cierpieniach ukrytych, których nie da się łatwo lub szybko udowodnić. W dalszej kolejności skazują na ich skutek, który jest szybszą śmiercią wielu z nas. Życie w państwie z prawem do aborcji oznacza dla nas permanentnie dużo większy stres, a to oznacza wyższy poziom cholesterolu, problemy z sercem, depresje, nowotwory złośliwe (teraz to dosłownie plaga!, a wiek wygląda, jakby był bez znaczenia), gorsze wyniki w pracy, mniej sił matek i ojców do zajmowania się ich własnymi dziećmi, wypadki drogowe itd. Możliwości, żeby się tego typu stresu pozbyć (zwykle przez wyczerpujące zajęcia sportowe, albo ciężką pracę fizyczną) jest natomiast mało z powodu przeciążenia codziennymi obowiązkami umysłowymi, np. w pracy, które często też są mocno stresogenne (przykładowo na budowach, jeśli kulturalne kierownictwo wysłuchuje jeszcze więcej wulgarnych i chamskich wyrażeń robotników pozbywających się nadmiaru stresu w całkowicie niegodziwy sposób). To właśnie więc my, chrześcijanie, umieramy na choroby tzn. cywilizacyjne przy tego typu przepisach prawa naprawdę dużo szybciej.

Tak, bronimy — będąc na tak dla ludzkiego życia i ludzkiej godności — ludzi nienarodzonych, ponieważ chcemy ich bronić, także dlatego, że mamy taki obowiązek (katolicy mają zadany obowiązek przeciwstawiania się aborcji), ale powinniśmy wreszcie zacząć też bronić siebie, nas samych! Mamy zaniedbanie! Pewnie wzięło się z przygnębienia albo z braku czasu, żeby spokojnie przyjrzeć się biegowi zdarzeń, czasem też z powodu ucieczek od tego problemu, gdyż rzeczywiście jest dla niektórych zbyt trudny. Ale chyba już czas bronić się, więc czas zacząć głośno i jasno przedstawiać także tę prawdę, że tego typu zmiany w prawie uderzają dosłownie w nas. Mamy więc taki obowiązek, ponieważ mamy obowiązek przynajmniej szanować daną nam od Boga ludzką godność i przykazanie miłości naszych bliźnich, które jest przecież tak sformułowane, że jak najbardziej dotyczy także nas, a nie tylko nienarodzonych. Pan podarował życie nam wszystkim, a nie tylko nienarodzonym.

Ciężar problemu trzeba przesunąć na właściwe miejsce: z morderczych regulacji już zaistniałych ciąż na kwestie godziwych metod regulacji poczęć. Pojawia się dwuznaczność, więc na wszelki wypadek wyjaśnię to dokładniej: Jeśli ludzkie życie już zaistniało, nie ingeruje się! Chodzi więc o regulację poczęć w znaczeniu umiejętności niedopuszczania do poczęcia niechcianego dziecka.

RK

25 maja 2025 roku, w niedzielę

Jeden problem wymaga większej uwagi

A co zrobić w przypadku ciąży pozamacicznej, jeśli nie dochodzi do samoistnego poronienia? Zwykle taka ciąża obumiera, a następnie zatruwa cały organizm kobiety, więc trzeba ratować jej życie. Ale jeśli nienarodzone dobrze rozwija się poza macicą i rośnie, a kobiecie zagraża śmierć właśnie z tego powodu, że to biedactwo żyje i rośnie, czy wtedy dochodzi do aborcji (w sensie moralnym), czy do przerwania ciąży z ciężkiej bojaźni? W teorii dwa rozwiązania wydają się być dobre: 1. można spróbować wyjąć maleństwo żywe i pozwolić mu umrzeć w jego czasie, a nie wcześniej, 2. można próbować opracować na tego typu okoliczności protezę macicy, do której byłby przekładany taki uratowany nienarodzony (dosłownie obok macicy naturalnej), żeby kobieta donosiła ciążę do czasu, w którym będzie można najwcześniej zrobić cesarkę. Tymczasem trzecie okazuje się najprostsze: wystarczy wykonać zabieg przeniesienia nienarodzonego do macicy, do której miał trafić, jeśli medycznie tego typu dzieło jest możliwe do wykonania.

RK

6 lipca 2025 roku, w niedzielę

Inny problem teoretyczny być może także wymaga większej uwagi

A co zrobić w przypadku ciąży pozamacicznej, jeśliby się okazało, że nienarodzone nie może zagnieździć się w macicy z powodu jakiegoś nowotworu macicy, ale rozwija się prawidłowo? Akurat w danym momencie rozwoju technologii, przypuśćmy, że pojawiła się możliwość uratowania i matki (nowotwór jest duży, ale na pewno łagodny), i dziecka (dziecko jest żywe i zdrowe). Z technicznego punktu widzenia, przypuśćmy, że można tego nienarodzonego ocalić wyjmując biedactwo operacyjnie i przenosząc do macicy surogatki, ale moralnie jest niedozwolone korzystanie z usług kobiet-surogatek. Uratować i mieć grzech ciężki za korzystanie z usług surogatki? Nie uratować i mieć grzech ciężki a do tego ekskomunikę za aborcję? Pewnie najlepiej mieć prawdziwą ciężką bojaźń przed karą ekskomuniki, a wtedy… grzech ciężki okaże się lekkim. Jak jednak to sprawdzić, że rzeczywiście wystąpiła ciężka bojaźń?

RK

23 listopada 2025 roku, w niedzielę


Pewnego dnia wymyśliłam: Wezmę się za pisanie krótkich recenzji filmów, które oglądam, gdyż inaczej je zapomnę. Zyskają na tym i Internauci, i ja.

Zaczęłam 7 stycznia 2022 roku od recenzji filmu Dziesięcioro przykazań z 1956 roku:

Ktokolwiek już widział ten film wie ,że ogląda się go z ciekawością, choć trwa ponad 3 godziny. Dzieło opowiada historię Patriarchy Mojżesza w sposób widowiskowy, a jednocześnie bardzo ludzki. Nadprzyrodzoność (objawienie się Boga Mojżeszowi) buduje zdarzenia, które rzeczywiście miały miejsce: wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej i drogę do Ziemi Obiecanej. Historyczna, biblijna fabuła opowiedziana została w taki sposób, że oglądający ma możliwość skupić uwagę na różnych aspektach tamtych wydarzeń. Prawie każda osoba widowiska (pierwszoplanowe i drugoplanowe) ma osobowość, która skłania do jakiegoś zamyślenia. Tym bardziej, jeśli widz zna tekst biblijny o tamtej historii. Piękni aktorzy, doskonała gra aktorska, pejzaże starożytnego Egiptu, a potem starożytnej pustyni, dobrze pokazane ludzkie okrucieństwo, także na skutek błędnych decyzji, wyjaśniają i uzasadniają kamienne tablice z tytułowym Dekalogiem, które sam Bóg przekazał Mojżeszowi, żeby stworzyć nowe szanse na kres ludzkiej przemocy, w chwili, gdy to się okazało możliwe. Film prowadzi w dobrym kierunku także widzów nieznających dokładnie tego starotestamentowego opowiadania: od przemocy, przez prawo ludzkie intuicyjne, do prawa Przymierza, które od tamtych czasów każdy człowiek ma wyryte we własnym sercu.

Jezus, 1999 (1979):

To, co najpierw się narzuca widzowi, to parafraza. Wydaje się, że obraz ten powstał w taki sposób: reżyser zaproponował jakiejś godnej zaufania kobiecie, żeby przeczytała Ewangelię św. Łukasza, a następnie, żeby ją całą opowiedziała własnymi słowami, i zrobił film. Kobiety w tym filmie widać wyraźnie. Jeszcze lepiej to, że Jezus broni kobiet i je ratuje (przywraca im ich godność), a one z kolei chętnie odwdzięczają się swoją obecnością przy Nim. Przez użycie wielu parafraz dzieło to staje się opowiadaniem z wartkim nurtem akcji, a nie monumentem. Następna rzecz, na którą warto zwrócić uwagę, to proste środki filmowego wyrazu. Zamiast komputerowego odwzorowania postaci Ducha Świętego w czasie chrztu Pana Jezusa, piękny gołąbek na Jego ramieniu. W miejsce spektakularnego blasku na Taborze, subtelne rozświetlenie białego lnu. To tylko przykłady. Narrator, jak reportażysta, wtrąca od czasu do czasu swoje trzy grosze w to wszystko, co dzieje się na filmowej scenie. Cudowne uzdrowienia i uwolnienia ukazują skalę dobra, które Pan Jezus czynił będąc wśród nas na ziemi. Może zbyt dużo afektów i onomatopei w dialogach sprawia pewne rozczarowanie. Patos trudno wyrazić, więc czasem lepiej z niego w ogóle zrezygnować; tak samo, jak z komputerowych tuningów. Film dobry, można go oglądnąć, ale nie każdy będzie nim zbudowany. Doskonale oddaje klimat końca lat 90-tych, w którym trzeba było w gąszczu ofert na nowo odnaleźć prawdziwego Zbawiciela, czyli jedynego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. Obraz może potrzebuje dalej dojrzewać w czasie, gdyż teraz jest jak młode wino. Tematem duchowym tego filmu wydaje się, że jest ciche zaproszenie do pogłębienia własnego nawrócenia, ponieważ tak wiele można poprawić. Miałabym jednak pointę do tej krótkiej recenzji: dotyczy ona filmu z roku 1979, a nie 1999-go, ale w Polsce końca lat 90-tych właśnie ta produkcja byłaby dziełem filmowym końca wieku, a nawet końca 1000-lecia. Obrazu kinowego o tej samej tematyce, rzeczywiście z 1999 roku w ogóle nie czuję się na siłach oglądnąć.

Odzyskać wiarę, 2007

Ten wielowątkowy film dobrze się kończy, co sprawia, że kiedy pojawiają się napisy, widz spontanicznie myśli o prostocie fabuły, a nawet o jej oczywistości. Może poczuje się zawiedziony, że sam tego, co zobaczył nie wymyślił: kapłan z powołaniem, kapłan bez powołania, parafia zagrożona wyginięciem, w sam raz, żeby się znaleźć pod ścisłą ochroną, starość, młodość, marzenia i tytułowa wiara, której nikt nie traci, a niektórzy odzyskują. Pozornie nie wiadomo co tu jest najważniejsze, ale przy głębszym zastanowieniu można dojść do wniosku, że wiara służy najpierw za kanwę filmowego opowiadania o różnych odmianach miłości, ale wszystko to prowadzi do prawdy o sile przebaczenia; siła ta okazuje się nie przeogromna, tylko takiej skali, żeby dało się znowu godnie żyć, ponieważ to „wiara góry przenosi”, a nie siła przebaczenia.  Film bardzo dobry na czas Bożonarodzeniowy i styczeń. Doskonały też jako pretekst do dyskusji na trudne życiowe tematy, np.: ile ksiądz, który spędza wiele czasu z ludźmi, może wydać w tych relacjach z własnych zasad moralnych, żeby to nie zagroziło jemu samemu? Czy rzeczywiście nasze życiowe szczęście blokuje milczenie o własnej trudnej przeszłości? Jak przeżywać własną starość, żeby się nią cieszyć, a nie czynić z siebie pośmiewisko przez wyrażanie autopogardy?


Witryna od listopada 2025 roku, będąc nadal dziełem o treściach niekomercyjnych, wspiera moją działalność gospodarczą przez samo istnienie, gdyż promuje moje umiejętności pisarskie.

Przewijanie do góry